Rozdział X

Walentynki. Dzień, w którym Alice postanowiła siedzieć w pokoju i nie wychodzić, jakby miała zarazić się trądem. Walentynek nienawidziła od zawsze... A przynajmniej, od kiedy zakochała się po raz pierwszy.
Usiadłszy przy biurku, wyciągnęła słoiczek z tabletkami i postawiła go przed sobą. Zaczęła na niego patrzeć i się nim bawić.

Pragnę być tak jak ty...
Leżeć zimna w ziemi jak ty...

Aureola, oślepiająca ściana między nami...
Rozpływa się i znów zostawia nas same...
Szmer, nawiedzanie gdzieś daleko stąd...
Wierzę, że nasza miłość może ujrzeć nas poprzez śmierć...

Nuciła cicho, patrząc cały czas na słoiczek. Widok tabletek, przesypujących się powoli z jednej na drugą stronę, odprężał ją. Przymknęła oczy, wciąż nucąc, a na jej ustach pojawił się cień uśmiechu.
— Mogę? — Usłyszała znienacka.
Podskoczyła, przestraszona i przewróciła słoiczek i zakryła go dłonią. Szybko uniosła głowę i spojrzała za siebie. Arno... ty chu...
— Nie strasz mnie — przerwała swoją myśl. — Jasne, wejdź. — Schowała opakowanie do kieszeni.
— Dzisiaj jest tak piękny dzień... — Rozmarzył się. — Prawda?
— Walentynki, cudownie — rzekła z sarkazmem i pokręciła głową. — Po prostu tryskam radością — rzekła, wstawszy i pomachała rękami, udając radość.
— Co ci te biedne Walentynki zrobiły?
— Nie mam ich z kim świętować i po co świętować. Boże, wszędzie różowy i czerwony. No błagam, tyle tej słodkości i miłości, że aż do porzygu. — Przewróciła oczyma i wyjęła z kosza brystol.
Odwróciła się, a przed nią stał Arno, uśmiechając się.
— Zapraszam cię na kolację.
— Co? — Wytrzeszczyła oczy. — Nie wiem, czy to jest na pewno dobry pomysł.
— Oj tam, raz kozie śmierć.
— W tym wypadku dosłownie. — Ponownie przewróciła oczami. — O której?
— Punkt siódma pod sierocińcem.
— A jest?
— Piąta.
— No to na co czekasz? Już, a sio! — Wypchnęła go za drzwi.
— Mogę pomóc ci się przebrać. — Puścił jej oczko.
— A precz duszo nieczysta!
Ubrana w tę samą sukienkę co na występie i z tym samym naszyjnikiem na szyi, wyszła ze swojego pokoju. Denerwowała się, czuła ucisk w żołądku. Nigdy w życiu nie była z chłopakiem na kolacji. Ani razu nie została zaproszona. To normalne, że się denerwowała.
Na zewnątrz była punkt siódma. Chłopak już na nią czekał. Widząc ją, uśmiechnął się i podał jej ramię, które chwyciła.
— Dlaczego akurat dusza nieczysta? — spytał, gdy byli w drodze do restauracji.
— Ja ci zaraz dam pomaganie przy przebieraniu.
— No co? Widziałem cię w piżamie, pora wejść szczebel wyżej. — Zaśmiał się.
— Nie odeszliśmy daleko. Zaraz wrócę do domu, obrażę się na ciebie i nie wyjdę z pokoju, aż mnie ładnie nie przeprosisz.
— To kiedy wejdziemy szczebel wyżej? — spytał, a Alice puściła go i zaczęła odchodzić. Wracać do sierocińca. — Alice, no! Przecież żartowałem.
Dziewczyna go nie słuchała. Cały czas się oddalała. Podbiegł do niej i złapał za rękę. Odwrócił ją w swoją stronę. Popatrzył jej głęboko w oczy. Zapadła cisza. Czuli swoje ciepłe oddechy... Aż Arno nie pocałował jej. Alice patrzyła w jeden punkt, a w jej oczach zebrały się łzy. Zamknęła oczy, a kilka łez popłynęło po jej policzkach. Położyła dłoń na jego policzku i oddała pocałunek... Póki nie zorientowała się, jak wielką głupotę popełniła. Odpuściła sobie dalszy pocałunek i odbiegła.
Arno jeszcze ją nawoływał, ale nie chciała patrzeć na niego... Nie teraz. Nie, kiedy zafundowała mu pewną śmierć. Wbiegła do pokoju i pospiesznie szukała tabletek. Spieszyła się, by udało jej się odejść razem z Arnem. Smutne było to, że musiało w końcu do tego dojść. Ale skoro tak miało być, to tak będzie.
Znalazłszy pigułki, poszła do kuchni, by nalać wody do popicia. Wyrzuciła wszystkie tabletki ze słoiczka, a było ich od kilkunastu do kilkudziesięciu. I wszystkie na raz połknęła. Przyłożyła dłoń do twarzy, próbując z trudem stłumić płacz. Po jakimś czasie poczuła kołatanie serca. Osunęła się na podłogę, czując ból i zaczęła histerycznie wołać Bumby'ego. Jednak zamiast niego, wbiegł Arno. A przynajmniej tak jej się wydawało, kiedy patrzyła przez zamglone oczy.
— Arno, pomóż mi — błagała, a po jej policzkach spływały cały czas łzy. — Ocal mnie, kiedy upadam.
Chłopaka coś strzeliło. Sen... Jego znaczenie. Miał pilnować Alice jak oczka w głowie, co za tym idzie... Miał ją chronić przed śmiercią, przed całym złem, które ja otacza, ale nigdy przed miłością.
— Ocalę. Zobaczysz, ocalę.

Komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. Wybacz, ale ten komentarz nie powali długością. Siła wyższa, a chciałam przeczytać.

      Rozdział zajebisty, przecież o tym wiesz.

      Aż zgłodniałam na samą myśl o kolacji.

      Do następnego!

      Alessia

      Usuń
  2. Cudowny rozdział ♥
    Alice chyba oszalała. Psycho, co ty odpierdoliłaś? I jeszcze kończyć w takim momencie? Ty polsacie. Mam nadzieję, że z Alice będzie wszystko dobrze. Arno, miałeś jej pilnować! Oboje przeklęci? Czy może sobie tak tylko wmawiają, bo im tak wygodniej? Stracili już ważne osoby, a nie chcą po raz kolejny stracić, więc zamykają się przed innymi tak jakby.
    Czekam na kolejny rozdział z niecierpliwością. Dużo weny!
    Pozdrawia

    Demonek ♥

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz