Walentynki. Dzień, w którym Alice postanowiła siedzieć w pokoju i nie wychodzić, jakby miała zarazić się trądem. Walentynek nienawidziła od zawsze... A przynajmniej, od kiedy zakochała się po raz pierwszy. Usiadłszy przy biurku, wyciągnęła słoiczek z tabletkami i postawiła go przed sobą. Zaczęła na niego patrzeć i się nim bawić. Pragnę być tak jak ty... Leżeć zimna w ziemi jak ty... Aureola, oślepiająca ściana między nami... Rozpływa się i znów zostawia nas same... Szmer, nawiedzanie gdzieś daleko stąd... Wierzę, że nasza miłość może ujrzeć nas poprzez śmierć... Nuciła cicho, patrząc cały czas na słoiczek. Widok tabletek, przesypujących się powoli z jednej na drugą stronę, odprężał ją. Przymknęła oczy, wciąż nucąc, a na jej ustach pojawił się cień uśmiechu. — Mogę? — Usłyszała znienacka. Podskoczyła, przestraszona i przewróciła słoiczek i zakryła go dłonią. Szybko uniosła głowę i spojrzała za siebie. Arno... ty chu... — Nie strasz mnie — przerwała swoją myśl. — Jasne, wej...
Bambusiątko się postarzało coś 😂😂
OdpowiedzUsuńOgólna ocena?
😍😍😍😍😍😍😍
😍😍😍😍
OdpowiedzUsuń