Rozdział IX
Na szlak moich blizn poprowadź palec,
by nasze drogi spleść gwiazdom na przekór.
Otwórz te rany, a potem zalecz
aż w zawiły losu ułożą się wzór...
Śpiewał, przygotowując obiad. Słowa piosenki cały czas chodziły mu po głowie. Nie mógł się na niczym skupić od kilku dni. Brakowało mu Alice. Jej czarnych włosów, zielonych oczu, chamskich odzywek, śmiechu, uśmiechu, zapachu bzu i agrestu.
Boże, nie wierzę, pomyślał. Poznałem Alice przez te kilka miesięcy lepiej niż Elisé przez kilkanaście lat. Pomijając, że... Chryste, Bumby chyba ma rację. To już nie jest przyjaźń. Jak mi jej brakuje. Jedynym moim marzeniem w tym momencie jest to, by ją przytulić.
Z moich snów uciekasz nad ranem,
cierpka jak agrest, słodka jak bez.
Chcę śnić czarne loki splątane,
zielone oczy mokre od łez...
— Nie wiedziałam, że piszesz piosenki.
— To... Po prostu chodziło mi dłuższy czas po głowie — rzekł, podnosząc głowę.
Uśmiech zszedł z jego twarzy, zastąpiony zdziwieniem. Wytarł ręce o ścierkę i podszedł szybkim krokiem do dziewczyny. Przytulił ją. Stęsknił się przez ten tydzień. Dziewczyna wtuliła się w niego. Wreszcie ona miała przy sobie swojego Arna, a on przy sobie swoją Alice.
— Przepraszam, że uciekłam i musiałeś się o mnie martwić — szepnęła.
— Przecież się nie gniewam. Nie potrafię się długo na ciebie gniewać. — Pocałował ją w czubek głowy. — Jesteś głodna?
— Nie. Chyba że spędzania z tobą czasu.
— W takim razie powiem doktorowi, by poszedł z dzieciakami do restauracji, a my zostaniemy i spędzimy ze sobą czas.
— W porządku. Będę czekała w moim pokoju — szepnęła i poszła.
Jednak zamiast do swojego pokoju, poszła do sypialni Aline. Stała na środku i pocierała ramiona dłońmi. Nikogo w pokoju nie było. Był taki pusty bez blondynki.
Zakryj me oczy
Zakryj me uszy
Powiedz mi, że te słowa są kłamstwem
To nie może być prawda
Że ciebie tracę
Słońce nie może spaść z nieba...
Śpiewała, panosząc się po pokoju. Otworzyła szufladę, w której były leki dziewczynki. Schowała słoiczek z pigułkami do kieszeni fartucha i znów stanęła na środku.
Zatrzymaj każdy zegar
Gwiazdy są w szoku
Rzeka będzie wpływać do morza
Nie pozwolę Ci odlecieć
Nie powiem „żegnaj”
Nie pozwolę Ci uciec daleko ode mnie...
Padła na podłogę. Tęsknota za tą małą, uroczą osóbką ją zabijała. Skuliła się na dywanie, a po jej policzkach pociekły łzy. Kochała tę dziewczynkę jak własną, rodzoną siostrę. I straciła ją tak jak rodziców i Lizzie. I jak pewnie straci Arna.
Wszedł do jej pokoju. Nie było jej tam. Pokój był pusty. Poszedł do pokoju Aline, gdzie Alice leżała na ziemi. Łkała głośno, była zrozpaczona. Usiadł obok niej i chwycił jej ramię. Poderwała się i w niego wtuliła.
— Nie chcę już cierpieć — wyszeptała, łkając.
— Też nie chcę, byś cierpiała.
— Zabierz mnie do pokoju. I zostań ze mną. Zostań na zawsze — poprosiła.
— Zostanę. Na zawsze.
Wstał i wziął ją na ręce. Była taka lekka. Niósł ją bez najmniejszego problemu. W jej pokoju położył ją na łóżku i zamknął drzwi. Położył się obok, tak jak robił to zawsze, gdy Alice miała gorsze dni. Nie chciał jej zostawiać w takim stanie. Nie wiedział, co mogłoby jej przyjść wtedy do głowy. I chyba nie chciał wiedzieć.
— Kocham cię — szepnęła. — Dziękuję za to, że jesteś przy mnie.
— Też cię kocham, malutka. — Pocałował ją w czoło.
Zamknęła oczy i wtuliła się w niego, oddychając spokojnie. Nie chcę cię stracić, pomyślała.
— Czy ja ci wyglądam na żywego miśka? — spytał z wyrzutem.
— Nie, na poduszkę ludzkich rozmiarów. — Ziewnęła.
— Masz zamiar spać?
— A ty co byś zrobił, gdybyś przez tydzień nic nie robił, tylko wył dniami i nocami?
— I był w gazecie? Hm... Chyba raczej z tego ostatniego skakałbym ze szczęścia, ale to taki mały szczegół.
— Przytul mnie lepiej, pogłaszcz po włosach i bądź cicho — mruknęła.
Arno przykrył ich kołdrą i objął dziewczynę. Gładził jej włosy powoli, czekając, aż zaśnie. W końcu jednak wyszło na to, że on również zasnął.
Ciągle słyszał jej głos. Zapłakany i choć cichy, sprawiał, że jego głowa pękała. Również zaczął ją wołać, ale zamiast wskazówki, gdzie Alice się znajduje, słyszał tylko swoje imię. Szedł za dźwiękiem, który wydawał się być wszędzie. ale w końcu mu się udało. Jej pokój. Wszedł do środka. Alice siedziała przy biurku i coś pisała. Niestety, słowa były zamazane. Wszystkie oprócz dwóch. Rescue me. Próbował skupić się na reszcie słów, ale było to niewykonalne.
— Ocalisz mnie, zanim upadnę? — spytała, cały czas wpatrując się w kartkę.
— Ocalę cię, uratuję. Nie pozwolę ci upaść.
Westchnęła i wstała. Odwróciła się w jego stronę i uśmiechnęła przez łzy. Ziemia się pod nią rozstąpiła. Arno złapał ją za rękę, próbując wciągnąć ją z powrotem. Ale ona tylko na niego patrzyła. Nie trzymała jego ręki i zaczęła się powoli wyślizgiwać.
W momencie spadku Arno obudził się. Rozejrzał się, nie kontaktując przez nagłą pobudkę. Widok śpiącej w jego ramionach Alice go uspokoił. Przecież to był tylko sen. Ale sny przecież mają swoje znaczenie...
— Doktorze — zagaił po śniadaniu.
— Tak, Arno? — zapytał, wchodząc do gabinetu.
Arno wszedł za nim i zastanowiwszy się, co powiedzieć, usiadł na leżance.
— Każdy sen ma swoje znaczenie, prawda?
— Czy masz mnie za speca od snów? — Chłopak popatrzył na niego i pokiwał głową. — Co ci się śniło?
— Alice, pisząca coś, a potem... Potem spytała, czy ją ocalę, zanim upadnie... A potem wstała, uśmiechnęła się i ziemia się pod nią rozstąpiła. Próbowałem ją ratować, ale spadła...
— Mam dla ciebie radę, Arno. Pilnuj jej jak oczka w głowie.
by nasze drogi spleść gwiazdom na przekór.
Otwórz te rany, a potem zalecz
aż w zawiły losu ułożą się wzór...
Śpiewał, przygotowując obiad. Słowa piosenki cały czas chodziły mu po głowie. Nie mógł się na niczym skupić od kilku dni. Brakowało mu Alice. Jej czarnych włosów, zielonych oczu, chamskich odzywek, śmiechu, uśmiechu, zapachu bzu i agrestu.
Boże, nie wierzę, pomyślał. Poznałem Alice przez te kilka miesięcy lepiej niż Elisé przez kilkanaście lat. Pomijając, że... Chryste, Bumby chyba ma rację. To już nie jest przyjaźń. Jak mi jej brakuje. Jedynym moim marzeniem w tym momencie jest to, by ją przytulić.
Z moich snów uciekasz nad ranem,
cierpka jak agrest, słodka jak bez.
Chcę śnić czarne loki splątane,
zielone oczy mokre od łez...
— Nie wiedziałam, że piszesz piosenki.
— To... Po prostu chodziło mi dłuższy czas po głowie — rzekł, podnosząc głowę.
Uśmiech zszedł z jego twarzy, zastąpiony zdziwieniem. Wytarł ręce o ścierkę i podszedł szybkim krokiem do dziewczyny. Przytulił ją. Stęsknił się przez ten tydzień. Dziewczyna wtuliła się w niego. Wreszcie ona miała przy sobie swojego Arna, a on przy sobie swoją Alice.
— Przepraszam, że uciekłam i musiałeś się o mnie martwić — szepnęła.
— Przecież się nie gniewam. Nie potrafię się długo na ciebie gniewać. — Pocałował ją w czubek głowy. — Jesteś głodna?
— Nie. Chyba że spędzania z tobą czasu.
— W takim razie powiem doktorowi, by poszedł z dzieciakami do restauracji, a my zostaniemy i spędzimy ze sobą czas.
— W porządku. Będę czekała w moim pokoju — szepnęła i poszła.
Jednak zamiast do swojego pokoju, poszła do sypialni Aline. Stała na środku i pocierała ramiona dłońmi. Nikogo w pokoju nie było. Był taki pusty bez blondynki.
Zakryj me oczy
Zakryj me uszy
Powiedz mi, że te słowa są kłamstwem
To nie może być prawda
Że ciebie tracę
Słońce nie może spaść z nieba...
Śpiewała, panosząc się po pokoju. Otworzyła szufladę, w której były leki dziewczynki. Schowała słoiczek z pigułkami do kieszeni fartucha i znów stanęła na środku.
Zatrzymaj każdy zegar
Gwiazdy są w szoku
Rzeka będzie wpływać do morza
Nie pozwolę Ci odlecieć
Nie powiem „żegnaj”
Nie pozwolę Ci uciec daleko ode mnie...
Padła na podłogę. Tęsknota za tą małą, uroczą osóbką ją zabijała. Skuliła się na dywanie, a po jej policzkach pociekły łzy. Kochała tę dziewczynkę jak własną, rodzoną siostrę. I straciła ją tak jak rodziców i Lizzie. I jak pewnie straci Arna.
Wszedł do jej pokoju. Nie było jej tam. Pokój był pusty. Poszedł do pokoju Aline, gdzie Alice leżała na ziemi. Łkała głośno, była zrozpaczona. Usiadł obok niej i chwycił jej ramię. Poderwała się i w niego wtuliła.
— Nie chcę już cierpieć — wyszeptała, łkając.
— Też nie chcę, byś cierpiała.
— Zabierz mnie do pokoju. I zostań ze mną. Zostań na zawsze — poprosiła.
— Zostanę. Na zawsze.
Wstał i wziął ją na ręce. Była taka lekka. Niósł ją bez najmniejszego problemu. W jej pokoju położył ją na łóżku i zamknął drzwi. Położył się obok, tak jak robił to zawsze, gdy Alice miała gorsze dni. Nie chciał jej zostawiać w takim stanie. Nie wiedział, co mogłoby jej przyjść wtedy do głowy. I chyba nie chciał wiedzieć.
— Kocham cię — szepnęła. — Dziękuję za to, że jesteś przy mnie.
— Też cię kocham, malutka. — Pocałował ją w czoło.
Zamknęła oczy i wtuliła się w niego, oddychając spokojnie. Nie chcę cię stracić, pomyślała.
— Czy ja ci wyglądam na żywego miśka? — spytał z wyrzutem.
— Nie, na poduszkę ludzkich rozmiarów. — Ziewnęła.
— Masz zamiar spać?
— A ty co byś zrobił, gdybyś przez tydzień nic nie robił, tylko wył dniami i nocami?
— I był w gazecie? Hm... Chyba raczej z tego ostatniego skakałbym ze szczęścia, ale to taki mały szczegół.
— Przytul mnie lepiej, pogłaszcz po włosach i bądź cicho — mruknęła.
Arno przykrył ich kołdrą i objął dziewczynę. Gładził jej włosy powoli, czekając, aż zaśnie. W końcu jednak wyszło na to, że on również zasnął.
Ciągle słyszał jej głos. Zapłakany i choć cichy, sprawiał, że jego głowa pękała. Również zaczął ją wołać, ale zamiast wskazówki, gdzie Alice się znajduje, słyszał tylko swoje imię. Szedł za dźwiękiem, który wydawał się być wszędzie. ale w końcu mu się udało. Jej pokój. Wszedł do środka. Alice siedziała przy biurku i coś pisała. Niestety, słowa były zamazane. Wszystkie oprócz dwóch. Rescue me. Próbował skupić się na reszcie słów, ale było to niewykonalne.
— Ocalisz mnie, zanim upadnę? — spytała, cały czas wpatrując się w kartkę.
— Ocalę cię, uratuję. Nie pozwolę ci upaść.
Westchnęła i wstała. Odwróciła się w jego stronę i uśmiechnęła przez łzy. Ziemia się pod nią rozstąpiła. Arno złapał ją za rękę, próbując wciągnąć ją z powrotem. Ale ona tylko na niego patrzyła. Nie trzymała jego ręki i zaczęła się powoli wyślizgiwać.
W momencie spadku Arno obudził się. Rozejrzał się, nie kontaktując przez nagłą pobudkę. Widok śpiącej w jego ramionach Alice go uspokoił. Przecież to był tylko sen. Ale sny przecież mają swoje znaczenie...
— Doktorze — zagaił po śniadaniu.
— Tak, Arno? — zapytał, wchodząc do gabinetu.
Arno wszedł za nim i zastanowiwszy się, co powiedzieć, usiadł na leżance.
— Każdy sen ma swoje znaczenie, prawda?
— Czy masz mnie za speca od snów? — Chłopak popatrzył na niego i pokiwał głową. — Co ci się śniło?
— Alice, pisząca coś, a potem... Potem spytała, czy ją ocalę, zanim upadnie... A potem wstała, uśmiechnęła się i ziemia się pod nią rozstąpiła. Próbowałem ją ratować, ale spadła...
— Mam dla ciebie radę, Arno. Pilnuj jej jak oczka w głowie.

Alessia <3
OdpowiedzUsuńHeej? Dalej się na mnie gniewasz?
UsuńNie złość się na mnie 😕
Szmutno mi.
Leżę sobie, bo nie mogę podnieść tyłka z łóżka i pisze komentarz.
Pochłonęłam ten rozdział, jak odkurzacz śmieci.
Sprawnie i szybko 😄😂
Czy tak było jakieś "Kocham Cię", czy to wytwór mojej wyobraźni?
Takie bardziej przyjacielskie, czy już bardziej, takie na poważnie?
Bambooolała!
Ty i te twoje mądrości życiowe 😂
A żeś palnął radą. Nie można każdego uchronić, za cholerę się nie da.
Mam nadzieję, że chociaż Arno uratuje Alice.
Cudowny rozdział, nie mogę się już doczekać następnego, ale nie pogardze rozdziałem na Bractwo 😂
UWAGA!
OGŁOSZENIE PARAFIALNE!
.
.
.
ZBLIŻA SIĘ.
.
.
.
WIELKIMI KROKAMI
.
.
.
PEWIEN DZIEŃ
.
.
.
JA PAMIĘTAM, ALE CZY TY PAMIĘTASZ?
.
.
.
SZÓSTY GRUDNIA
.
.
.
MIKOŁAJKI,ALE NIE TYLKO
.
.
.
PREMIERA DRUGIEJ CZĘŚCI RÓŻ
.
.
.
*skacze i piszczy*
Te kropki nie są kropkami nienawiści. Nie myśl sobie.
❤❤❤❤❤❤❤
Do następnego!
Alessia
Malu <3
OdpowiedzUsuń*.*
UsuńNapisałabym więcej, ale ide jeść xd
Cudowny rozdział, jak zawsze w sumie.
OdpowiedzUsuńArno sen trochę jest niepokojący. Mam nadzieję, że to pozostanie tylko snem. Niech tak będzie, że nic podobnego się nie wydarzy.
Szkoda, że Aline nie ma. Była fajna.
Czekam na next.
Pozdrawiam
Shrew ♥