Rozdział VII

Obudziła się. To było nagłe. Nie śniło jej się nic. Kompletnie. Nie miało jej także co budzić.
Było ciemno, co mogło oznaczać, że noc jeszcze trwała w najlepsze.
Wstała powoli z łóżka i spojrzała na godzinę, która widniała na zegarze. Północ. Równa północ. Włożyła na nogi buty i włożyła płaszcz, po czym wyszła z sierocińca. Na dworze cały czas padał śnieg, mimo początku lutego. Oparty o ścianę stał Arno, wpatrujący się w jeden punkt.
— To ja może pójdę — szepnęła.
Arno spojrzał na nią i uśmiechnął się. Wyglądało na to, że nie przeszkadzała mu jej obecność.
— Nie idź.
— Na pewno ci przeszkadzam. Nie chcę być nachalna.
— Przestań pieprzyć i po prostu zostań.
Stanęła obok niego i oparła się o ścianę.
— Co powiesz na mały spacer? — zapytał.
— Że teraz?
— Że teraz. — Podał jej ramię, które chwyciła.
Chodzili powoli przez wąskie uliczki Whitechapel. Na jej policzkach rozkwitły rumienie spowodowane zimnem. Szli w spokoju, nie spiesząc się, bo nie musieli. Spacerowali wśród słabych świateł ulicznych lamp, aż nagle Arno stanął przed nią. Bez żadnego konkretnego powodu. Chwycił jej lewą rękę. Swoją lewą położył na jej policzku, a dziewczyna poczuła, jak po jej policzkach spływają łzy. Pocałował ją. Ciepło, delikatnie, powoli. Potem zaczął się oddalać, puszczając powoli jej dłoń. A wtedy zaczęły go chłonąć płomienie.

I wtedy Alice się obudziła. Zapłakana, samotna, z ogromnym poczuciem winy. Na zegarze widniała godzina dziewiąta. Miała nadzieję, że Arno poradził sobie z przygotowaniem śniadania i teraz tylko musi dać Aline leki.
Wstała więc i ubrała się. Po uczesaniu włosów poszła do pokoju Aline, gdzie stał Bumby, Arno i inne dzieci. Miała nadzieję, że to nie jest najczarniejszy scenariusz, jaki mogła wymyślić, ale „przykro mi, dzieciaki” z ust Bumby'ego, spowodowało nagły potok łez.
Arno odwrócił się i zobaczył uciekającą dziewczynę, za którą wybiegł z sierocińca.
— Alice, zaczekaj! — krzyknął w jej stronę. — Błagam cię, zostań.
— Nie, Arno — rzekła zapłakanym głosem, odwracając się w jego stronę. — Wszyscy, których kocham, umierają gwałtownie, nienaturalnie. Jestem przeklęta! Więc dlaczego idę dalej, skoro i tak dalej będę ranić innych?
Arno miał sesję u Bumby'ego. Obawiał się. Miał tyle sesji, a żadna nie przyniosła skutków. Nie mógł zapomnieć. Ani o śmierci ojca, ani Elisé.
— To nie pomaga — skwitował od razu na początku. — Pan Weatherall mówił, że pan pomoże mi zapomnieć, a jak na razie...
— Powiedz mi, Arno, dlaczego przyjechałeś do Londynu? Akurat do mnie?
— Z polecenia i po to, by zapomnieć.
— Wiesz, co ci powiem? — Usiadł przed nim. — Zapominanie o przeszłości jest wygodne, rozpamiętywanie o niej — skrajnie bolesne. Kiedyś jednak przyjdzie dzień, w którym zapominanie nie będzie konieczne, a rozpamiętywanie — bolesne. Wystarczy czas...
— A jeżeli czas nie pomaga? — przerwał mu.
— I odpowiednia osoba, rzecz jasna — dokończył swoją myśl, po chwili dodając: — Zobaczysz, że jeżeli poznasz kogoś, kogo pokochasz miłością taką samą lub nawet większą od tej, którą pokochałeś Elisé, nie będziesz zmuszony zapominać, a tym bardziej rozpamiętywać i rozdrapywać starych ran.
— Jest jeden problem. — Westchnął. — Nie mogę poczuć żadnego większego uczucia do drugiej osoby, bo ona...
— Po prostu umiera?
— Tak — szepnął.
— Alice, jak sama twierdzi, ma ten sam problem. Cóż, może jest w tym ziarno prawdy, ale może — to tylko moja propozycja i spojrzenie na sprawę — jeżeli spróbowalibyście razem, ze sobą, jako dwie „przeklęte” — nakreślił palcami cudzysłów — osoby, to może pozbylibyście się oboje przekleństwa.
— Ja i Alice... W sensie mnie i Alice łączy tylko przyjaźń. Poza tym nie chcę jej narażać.
— Chryste, co wy macie z tym „tylko przyjaźń”?! — Przewrócił oczami i podnosząc głos, wstał. — Czy wy jesteście klonami? Tyle was łączy, a nawet nie potraficie zauważyć pewnych maleńkich spraw, które właśnie was łączą. Boże, wy nawet mówicie tak samo. „Mnie i Alice łączy tylko przyjaźń”, „Mnie i Arna łączy tylko przyjaźń”, „Nie chcę jej narażać”, „Nie chcę go narażać”. Zamiast przestać się bać i owijać w bawełnę, że nic do siebie nie czujecie oprócz przyjaźni, powinniście oboje się wziąć w garść i razem przez to przejść. Możecie nawet jako przyjaciele, ale...
— Czy to kazanie? — przerwał mu ponownie.
— Nie przerywaj mi, gdy prowadzę wywody. Wracając — możecie nawet jako przyjaciele, ale spróbujcie chociaż. Jeżeli jakimś cudem okaże się, że to i tak prowadzi do śmierci, to chociaż umrzecie razem. I razem będziecie szczęśliwi, tylko że już nie na tym świecie. 

Komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. Czy ja coś wspominałam o tym, że przeczytam o 21? Tak? Przepraszam, ale znalazłam czas.
      Bąbel z ojcem, to ja mam wychodne 😂😂

      Bambus, musimy sobie piątkę przybić!
      Mądrze gadasz i oby tak dalej. Może w końcu do tej dwójki coś dotrze, bo jak na razie to robią problem z niczego i nie pozwalają sobie pomagać.

      Aline nie żyje?
      Dlaczego ty mi to zrobiłaś? Co ci ta dziewczynka zrobiła, że ją zabiłaś?

      Do następnego!

      Moc serduszek
      ❤❤❤❤❤❤

      Alessia

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Uuuu ^^
      Fajne, hah.
      Niech oni będą razem!
      Ahahahah! PIERWSZA!

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Palne cię za początek. Jak mogłaś? Kolejny raz mi to robisz! Czemu to musiał być sen? Był taki piękny, eh.

      Bumby hahahah on dobrze mówi. Polać mu! Staruszek się zdenerwował. Zachował się jak typowy fangirl 😂

      Cudowny 😍 Czeka mnie kolejny rozdział. To ja spadam go czytać.
      Buziaczki

      Shrew ❤

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Rozdział X