Rozdział V

Arno wracał właśnie ze spotkania z panną Scott. Wszedł do sierocińca i usłyszał krzyki. Krzyki Alice. Wbiegł szybko po schodach na pierwsze piętro, do pokoju Alice. Scena wyglądała tak, jak opisywała ją Aline.
Czarnowłosa była niezwykłe przerażona, prosiła o pomoc, wolała go, by jej pomógł, by zgasił pożar. Płakała ze strachu.
Arno podszedł do niej niemal natychmiast i zaczął nią potrząsać. Ocknęła się i usiadła. Cała się trzęsła, próbując zapalić lampę oliwną, stojącą  na szafce nocnej. Chłopak zrobił to za nią, po czym usiadł na łóżku i ją przytulił. Objął ją mocno, tak by mieć pewność, że dziewczyna czuje się bezpiecznie, że wie, że nic jej nie będzie, że przy nim nic jej nie grozi. Dziewczyna z początku przytulała go delikatnie, ale kiedy zaczęła czuć, że zacznie poważnie wyć, wzmocniła uścisk.
— Spokojnie, jestem tu. Nic ci nie grozi — szepnął do jej ucha. 
Przełknęła ślinę i załkała cicho.
— Zostań ze mną. Nie chcę spać sama. Usiądź obok, proszę — błagała.
— Dobrze zostanę, ale najpierw się uspokój. Już jest wszystko dobrze, jestem tu i nie pozwolę cię skrzywdzić. — Cmoknął ją w skroń. 
Nie chciała go puścić w ogóle. Kiedy chciał, żeby go puściła, bo on i tak zostanie — odmówiła. Położył się więc obok niej, nakrył ich kołdrą i czekał, aż czarnowłosa zaśnie.
— Za gorąco mi — jęknęła, odkrywając się.
— Masz się przykryć. — Nakrył ją z powrotem.
— Nie. — Zrobiła mu na złość, odkrywając się.
— Chcesz się ze mną kłócić?
— Tak.

Następnego dnia, po obiedzie, Alice i Arno mieli za zadanie umyć ściany umazane kredkami. Stanęli przed jedną z nich. Uniosła głowę do góry i jęknęła niezadowolona.
— I jak my to zmyjemy? Przecież to nam zajmie cały dzień.
— Mam pomysł.
Dziewczyna uniosła brwi, a brunet zniknął na chwilę. Alice oparła się o ścianę, wyczekując go. Kiedy przyszedł, w dłoni trzymał słoiczek z sodą oczyszczoną. Wsypał nieco sody do wody i zaczęli szorować. Alice zdziwiła się, jak dobrze kredki zmywały się dzięki tej mieszance. 
Niedługo potem wszystkie ściany nie miały na sobie ani śladu kredek. 
Stała i nie mogła się nadziwić tym, jak szybko im poszło. 
— No powiedz „sprytny chłopak”. — Szturchnął ją w ramię. 
— Kto? Ty?! — spytała, krzyżując ręce i patrząc z uniesioną brwią. 
— No, powiedz.
— No jesteś bardzo sprytny chłopak. — Poklepała go po głowie.
— Dziękuję. — Zachichotał.
— A teraz ty posprzątasz, a ja pójdę rysować. — Wrzuciła gąbkę do wiadra i ruszyła w stronę swojego pokoju.
— Dlaczego ja?
— Skoro jesteś taki sprytny, to posprzątasz to w pięć sekund.
Weszła do swojej sypialni. Arno zaś sprzątnął po sprzątaniu, a następnie poszedł do dziewczyny, która kończyła rysunek.
— Mogę? — zapytał, biorąc do ręki kartkę papieru i ołówek.
— Jasne.
Arno usiadł przy biurku i zaczął rysować. W pokoju panowała niezwykła cisza. Co jakiś czas było słychać ciche przekleństwa, które wychodziły z ust dziewczyny, gdy już któryś raz z rzędu musiała zmazywać to, co narysowała i rysować od początku. W pewnym momencie przestała kląć, a zaczęła nucić piosenkę. Zastanawiał się, jaką piosenkę nuci. Nie mógł rozpoznać po samym mamrotaniu słów, jaka ona była. Czy to była jakaś, którą znał? A może napisana przez nią?
— Tu nie ma lipy w tym rysunku! — krzyknął nagle, gdy skończył.
Alice wstała z podłogi, by zobaczyć to, co narysował. Narysował ją. Dość karykaturalnie, ale... Ech. W porządku, rysunek był tragiczny.
— Czemu to oko jest większe niż tamto? — mruknęła cicho.
— To jest prawdziwe dzieło sztuki!
— Te, panie lipa, a to, to co to jest? — Wskazała na jedno oko większe od drugiego.
— Panie lipa. — Parsknął śmiechem. — Dzięki, to było bardzo miłe.
Wieczorem, dwie godziny przed kolacją, zeszli do kuchni. Na kolację chcieli zrobić coś prostego, kanapki, na przykład, a na deser — tartę z jagodami. Najpierw wzięli się za tartę, postanawiając zostawić kanapki na czas jej pieczenia. Arno rozpalił piec, a Alice zaczęła przesiewać mąkę do miski. Spojrzała na niego kątem oka i wzięła do rąk mąkę.
— Hej Arno, zobacz.
Chłopak wstał i podszedł do niej. Nawet nie zdążył się odsunąć, gdy garść mąki wylądowała na jego twarzy. Zaczął intensywnie kichać. Dziewczyna śmiała się z niego do rozpuku.
— Ty mała, wredna cholero — Mówił, kichając co drugie słowo.
Postanowił się odpłacić. Wziął do ręki mąkę. Alice zaczęła uciekać przed nim. Wspięła się na wyspę kuchenną, ale Arno był szybszy i rzucił w nią, sprawiając, że miała całe włosy w białym proszku. Wspiął się za nią, a gdy ta chciała zeskoczyć, pociągnął ją do siebie.
— No i co zrobisz? — spytał, uśmiechając się zadziornie.
— Pocałuję cię, a wtedy i tak mnie nie puścisz, bo nie będziesz mógł się oderwać — zażartowała, posyłając mu chamski uśmieszek.
— Widzę, że masz bardzo duże mniemanie o sobie.
Zeskoczyła ze stołu, a Arno usiadł na blacie.
— Większe niż ci się wydaje — odrzekła, wracając do robienia ciasta.
Podparł się rękami i przypatrywał się dziewczynie. Nie miał pojęcia, kiedy przed jego oczami pojawiła się jego zmarła luba. Kiedy zobaczył te rude włosy, a po chwili jej twarz, gdy Alice odwróciła się do niego. Czarnowłosa nie była podobna do niej ani trochę. Alice była blada, jak porcelanowa lalka, miała wielkie, zielone oczy, czarne włosy, była niezdrowo chuda, co wcale nie pozbawiło jej kobiecych atutów, a Elisé miała nieco ciemniejszą karnację od czarnowłosej, rude włosy, szare, mniejsze oczy, nie była tak chuda. Nie miał pojęcia, dlaczego akurat w Alice widział Elisé.
Po zrobieniu kolacji, oboje przyłączyli się, siadając w jadalni. Dzieci jadły jak najszybciej kanapki, by dobrać się do pachnących tart. Wszyscy byli roześmiani, co nie było codziennością. No, wszyscy oprócz jednej osoby. Bumby siedział przygaszony i naburmuszony. Być może był tylko zmęczony, ale zdecydowali, że nie mogą pozwolić, by tak dostawał. Arno przysunął się do Alice, która zaraz się odsunęła.
— Nie przysuwaj się do mnie — rozkazała, patrząc na niego złowrogo.
— Dlaczego? Bo jestem zły? — Zachichotał.
— Nie, bo mnie macasz po nocach.
Angus nie wytrzymał. Zaczął śmiać się, a zaraz potem płakać ze śmiechu.
— Kabarecik — rzekł Charlie, robiąc z palców szóstkę.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, łącznie Alice i Arno.

W porządku, to był najszczęśliwszy dzień w moim życiu.
A przynajmniej najśmieszniejszy. 
Mam nadzieję, że będą takie częściej.

Komentarze

  1. Ten rozdział jest taki słodki, a jednocześnie piękny. Arno i Alice pasują do siebie. Polubiłam tego francuza i to bardzo. Jest taki fajny xD
    Co się działo na początku rozdziału? Dlaczego Alice tak się rzucała? To musiało być okropne. Biedna Alice, współczuję jej, ale na szczęście ma Arno/Arna? To się jakoś odmienia?
    Francuz geniusz, nadaje się na kurę domową. Potrafi sprzątać, chce takiego, ale bardziej wolę Lucasa. Chce już Bractwo, ale też chcę Pakt i może zachowane róże. Kufa, czego ja nie chcę? Za dużo masz cudownych opowiadań, że ja chcę wszystko naraz.
    Alice z wielkim okiem, a drugie małe według Arno hahaha
    Arno nie umie rysować? Alice siebie nie rozpoznała, więc uważam, że nie potrafi XD W sumie to ja też nie potrafię, gdy na coś nie patrzę. Okey, nie potrafię rysować, gdy muszę z głowy brać. Ja jestem wzrokowcem. Ot co.
    Czekam na kolejny rozdział. Może teraz Latro? XD
    Pozdrawiam

    Demonek ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Na początek przesyłam moc serduszek
    ❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤

    Dooobra. Wystarczy Ci, bo się za słodko zrobiło 😂
    Oj,okropna ja 😄

    Dobrze, że ona ma takiego Arno przy sobie. Przydał się chłopak do czegoś.

    Wiem przynajmniej, że do rysunku, to on się nie nadaje 😂😂
    Jedno oko większe od drugiego.
    Z tego co wiem Alice ma wszystko wymiarowe i na swoim miejscu 😃

    Soda oczyszczona na kredki? To ja taka zacofana jestem? Jeżeli patent skuteczny, to przyda mi się na przyszłość 😃😂

    Chce już następny;**

    Alessia

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Rozdział X